Pandemicznie – vol. 2. Czerwiec

2 czerwca

 

Dzień zaczynam od połknięcia tabletki Ashwagandy (400 mg) oraz Na uspokojenie Doppel Herz (melisa, chmiel, różeniec). Dzień kończę kubkiem melisy oraz dwiema małymi zielonymi tabletkami Labofarm. Tak, dziś nie będzie specjalnie optymistycznie, ani też specjalnie publicystycznie, dziś będzie o lęku.

W piątek dowiedziałam się, że zmarł tata koleżanki z pracy. Wczoraj był pogrzeb. Zamierzałam pójść, ale nie wiadomo dlaczego, bałam się. Nie, nie że się zarażę, tylko jakoś tak. Poszłabym jednak na pewno, jestem w takich sprawach obowiązkowa, to ważne dla rodziny, a ja jestem pełna współczucia. Ale się rozchorowałam i w końcu nie poszłam, choć cały ranek mi się śniło, pomiędzy bólem gardła a zatkanym nosem, że biorę Ubera i jadę tam w ostatniej chwili. Ale to był tylko sen pełen wyrzutów sumienia.  

Może to zaczęło się od znajomego rzeźbiarza, potem córki innej znajomej, one też mi się wciąż śniły. I jeszcze Pilch, który we śnie milczał wymownie, jakby chciał powiedzieć: Widzisz, dla mnie to już nie zniknie.

Przeraża mnie, że można umrzeć i już nie doczekać końca pandemii. Przeraża mnie, że ten powrót do normalności rozciąga się w czasie, w jakieś ‘może za rok, może za dwa’. Tak, żyję normalnie, bo przecież innego życia nie będzie, ale czasem nagle zaczyna mnie mdlić, robi mi się słabo, bo przypominam sobie, w czym tkwimy.

Boję się, że jeśli wrócą spotkania, nie będę potrafiła ich już prowadzić.

Boję się, że jeśli znowu będę mogła pisać książki, nie napiszę już żadnej.

Boję się, że wreszcie, że z tymi wszystkimi innymi pracami, które na siebie wzięłam, nigdy się nie wyrobię.

Czasem robi mi słabo i nie mogę oddychać. Serce mi wali szybko jak myszce, którą goni kot. Nie mogę spać: przez głowę przebiegają całe tabuny myśli. Potem nie mogę wstać. Wstaję zmęczona.

Jedyny właściwie stan, kiedy czuję się normalnie, to ten, gdy siedzę przed komputerem i stukam. 9-21. Stukam i stukam. Albo.

W niedzielę szliśmy wałem w Ryni i patrzyliśmy na wodę. Pogoda była zaiste nadmorska, wiatr i słońce, wolność, bezmaskowość, na chwilę zapomniałam o wszystkim innym. Ale to niebezpieczne. Na urlopie można się rozchorować, kiedy stres na chwilę puszcza. Może dlatego obudziłam się chora w poniedziałek.

Więc… kawa, ashwaganda, i dupelherc. Śniadanie za dwie godziny, kiedy już uspokoi się we mnie ten potwór lęk.

 

3 czerwca

Oddaliśmy Rózię do żłobka, choć zarzekaliśmy się, że tego nie zrobimy. Ale Julci odmrożono bałtyckie próby. Po dwóch tygodniach naprzemiennej opieki wszyscy mieli dosyć. Nie daliśmy rady, wszyscy pracujemy. Oddaliśmy Różę do żłobka. Oby nic się ani jej ani nam nie stało. Baliśmy się nie tylko wirusa, ale tego, że po prawie trzech miesiącach bez żłobka będzie musiała przyzwyczajać się jeszcze raz. Nic z tych rzeczy. Weszła w to jak w masło. Jakby tej przerwy w ogóle nie było.

Dziś poszłam ją odebrać. Najpierw zadzwonili, że się spóźniłam. Kiedyś żłobek był do piątej, teraz do czwartej trzydzieści. Na szczęście byłam blisko. Poleciałam z przystanku i wpadłam do szatni, odkaziłam ręce i tak dalej i biegnę na górę, a tam konsternacja. Że nie powinnam tu wchodzić. A skąd miałam wiedzieć? Teraz dzieci wydaje się i odbiera przy furtce. Dzwoni się ponoć, a panie wyglądają przez okno, po kogo. Mierzą temperaturę. Przyprowadzić można do ósmej trzydzieści, potem nie wpuszczą. Dzieci chodzi garstka, ale zachwycone. Wreszcie coś się dzieje. Panie też zachwycone tym, jak dzieci się przez ten czas zmieniły. Wystarczy trzy miesiące, żeby taki mały człowiek stał się zupełnie innym człowiekiem. Jeden jest tylko problem. „Zdaje się, że Róża nie bardzo może się przyzwyczaić do rytmu dnia”. Co to znaczy? Ano, że nie chce w żłobku spać. Ani wczoraj, ani dzisiaj.

 Zabieram ją, wsiadamy do tramwaju. „Rózia, co było na śniadanie?” „Joda (Woda)” „A na obiad?” „Jajo”. Yhm. Zjada „odoc” (czyli owoce z tubki). I zaraz głowa jej się zwiesza. To by było na tyle. W domu zdejmuję jej kurteczkę tylko. Jest 17. Próbuję budzić o 6, 7, 8. Bez skutku. W tym czasie kończę zaległe projekty. I już myślę, że może będzie spała do rana, ale nie. O 9 od ekranu odrywa mnie słodkie tup tup. „Babu!” – woła maleństwo i marszczy brwi, po czym zsuwa mi okulary z głowy na nos. „Teraz dobdzie”-mówi. „Mlesia!”. Pije 120 ml. Zjada kluseczki, parówkę, kanapkę, miskę truskawek i winogron. Życzy sobie obejrzeć „pininy”. Czyli jej ukochany „Tupot małych stóp”. Bardzo przeżywa, że „nie ma pinina dzidzi” i że „łoń” (słoń morski) jest w niebezpieczeństwie. Już 22. Robię kąpiel z pianą, nie chce wyjść. Na moje „idziemy spać, prawda?” krzyczy „Nie! Na kanapę!”. Niech będzie. Nie wiadomo czemu nie chce teraz zasypiać w łóżku. Mleczko po raz drugi. „Babu, patrz! Widzisz robaczka?” – pokazuje na lampę. „Mała muśka! fajna!”. Yhm. „Mlesia!” Mleczko po raz trzeci. 22.30. „Pininy!” „Nie, pininy poszły spać” „Poczytaj!” czytam jej całą książkę z łamańcami językowymi. 23.00. „Babu, bańki tejaz”. Yhm. Puszczamy bańki. 23.30. „Mlesia!”. Mlesio po raz czwarty. zasypia, kiedy kończę pisać ten post. Jest 23.49. Musimy wstać 6.30. Ciekawe😊 Tak, to jest zaległy wpis na Dzień Dziecka. A teraz wszyscy patrzymy na lampę. Widzicie robaczka? Fajna mała muśka, co?

 

17 czerwca

Miało być o czymś innym, ale nie będzie, bo obejrzałam debatę.

Ale nie będzie o debacie.

Będzie wyciąg standaryzowany, albo poezja, albo debata w pigułce (na odporność).

Notatki ręczne, za idealną zgodność nie ręczę.

(O uchodźcach) „Gość w dom, Bóg w dom. Ale jest jedno ale: dla kogo drzwi otwierasz?”

„Polacy są narodem gościnnym”

„A populacja Muzułmanów zwiększyła się dwukrotnie.”

„Nie będą się pchały darmozjady. Najważniejsze jest to, żeby tego socjalizmu nie wprowadzać.”

(O religii) „Religia powinna być nauczana nie tylko w szkołach polskich, ale i europejskich.”

„Chcę betonowej ochrony życia i dlatego założyłem partę katolicką.”

„To, że jestem katolikiem, jestem z tego dumny, ale mam też program wyborczy.”

(O euro): „Szybciej przyjmiemy ruble.”

(O gospodarce) „To może menelowi też dorzucimy do piwa?”

(O Polsce) „Malowanie ściany z grzybem świeżą farbą.”

„Wybierzmy przyszłość, a nie walkę styropianu z betonem.”

(o szczepionce?) „Będziemy traktowani jak zwierzęta folwarczne.”

(o podatkach) „Ja każdego Polaka ułaskawię, co nie będzie płacił, tak też można zlikwidować podatek”.

(o małżeństwach jednopłciowych) „Kobieta i mężczyzna tworzą związek małżeński ale nie po to, żeby było miło, tylko, żeby prokreowali.”

(o pytaniach) „Ten, kto układał te pytania, miał niezły odlot”.

(o tym, co kandydaci mają przy sobie): „To tester na wirusa, za 30 złotych, a nie za 600”, „To obrączka, jak ją zdejmuję, to nie znaczy, że przestaję być w związku małżeńskim”. „A to długopis, panie prezydencie”.

(o tym, czego nie wolno robić na pewno): obsesyjnie atakować Telewizji Polskiej.

Chyba napiszemy z tego jakiś rap.

 

21 czerwca

Moja córka śpiewała recital dyplomowy bez publiczności. Czekaliśmy na nią przed budynkiem UMFC, żeby przekazać jej kwiaty dla pani profesor i dla pianisty oraz kopnąć ją na szczęście w tyłek, a potem łaziliśmy przez półtorej godziny, zabijając czas kawą i spacerem po parku z tyłu budynku uczelni. Hałasowały kosiarki do trawy, odchorowujący piątkową popijawę żule (bez masek) kłócili się z policjantami (w maskach). Potem ‘kosiarkowi’ w rozpiętych koszulach, bo upał, w czasie przerwy (co za ulga) żarłocznie wgryzali się w kanapki. Z budynku co pewien czas dochodziły dźwięki – najpierw bębnów, potem śpiewu. ‘To ona?’ ‘Nie, chyba nie jej głos’.

Powinniśmy tam być, wszyscy. Cała rodzina. Tak jak wtedy, gdy wyśpiewywała dyplom na Bednarskiej. Co to było za wydarzenie! Chyba jedno ze wspanialszych w naszym życiu!

Smutno.

Wyszła z piątką z plusem, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, wypiliśmy prosecco we „Wrzeniu Świata”, wieczorem odbyła się rodzinna imprezka. Recital podobno został nagrany, na razie mogę tylko poczytać program. A tam Mozart, Schumann, Szymanowski, Debussy i jej ukochany Rossini. Mam nadzieję, że zaśpiewała arie Rozyny i Angeliny dokładnie tak, jak chciała.

A może nawet powinnam się cieszyć, bo przynajmniej miała żywą, pięcioosobową komisję i profesjonalną salę. A przecież była groźba, że egzaminy odbędą się online.

Dzieciaki szkolne natomiast nadal siedzą przy ekranach. Poprzedniego dnia obudziłam moją młodszą córkę dokładnie o ósmej czterdzieści pięć. Dlaczego o tej porze? Bo o ósmej pięćdziesiąt miała lekcję. Po pięciu minutach usłyszałam lekko zgaszone ziewaniem „obecna” a po następnym kwadransie zobaczyłam, że leży z zamkniętymi oczami, a na telefonie coś brzęczy, ta lekcja zapewne.

W szczerej rozmowie wyjaśniła, że niektórych lekcji słucha uważnie, ale niektórych nie, i są to te same lekcje, których w szkole też nie słuchała, bo są nudne. Objaśniła, że są takie lekcje, na których dzieci w normalnych, szkolnych warunkach potrafiły obejrzeć po kilka sezonów seriali z rzędu. Więc w sumie ta pandemia nic specjalnie nie zmieniła. Świetni nauczyciele sobie radzą, ci mniej świetni lecą na ekranie jak nieoglądane reklamy. Kamerka jest wyłączona, więc tam w tle coś leci, a można się w tym czasie umalować, przymierzyć nowy stanik, zrobić paznokcie. Czasem słyszę rozpaczliwe wołanie nauczyciela: „Halo! Jest tam kto? Czy wszyscy sobie poszli?”

Plan tygodnia jest jasny, zwykle po kilka lekcji online dziennie, reszta to materiały do samodzielnej pracy, jakoś to działa, oceny wystawione. A życie towarzyskie? Kwitnie. Chodzą do Costy, robią imprezki, szlajają się po parkach. Mojej córce byłoby smutno, gdyby we wrześniu nie poszła do szkoły, ale pewnie to by jej nie złamało.

Mnie też nie, bo mam w domu licealistkę, której nie musze pomagać w lekcjach, ani jej pilnować. Ale współczuję rodzicom, którzy od trzech miesięcy są zaangażowani w naukę swoich dzieci. Bardzo im współczuję. U mnie w domu jedyny problem to mała przestrzeń. Kiedy moja córka ma lekcje, nie mogę na przykład zmielić w młynku kawy. Musi być cicho.

Myślę z czułością o tegorocznym maturzystach i ośmioklasistach. Przypominam sobie, kiedy szłam do liceum i na studia. Nauka, owszem, ale najważniejsi byli nowi znajomi! Ta ekscytacja związana z nowym miejscem i ludźmi. A teraz co? Nowo upieczeni licealiści poznają się na zoomie?

Smutno.

Jednocześnie wesela można robić na sto pięćdziesiąt osób. Bo wesela to zysk.

Do restauracji można chodzić i nad morze można jeździć. Byłam w życiu kilkanaście razy na Helu. Nigdy nie widziałam tam tylu ludzi na raz ile w czasie ostatniego długiego weekendu. Oczywiście nikt sobie nic nie robi z dystansu, a maski nawet kelnerzy noszą pod brodami jak dziwne fulary. Można? Można, bo to zysk. Gospodarki odmrażanie.

Epidemii nie ma więc już nigdzie, ale jest w szkołach. Bo przecież otwarcie szkół nikomu nie przyniesie zysku.

I mało kto pyta, jakie przyniesie straty ich zamknięcie. Mało kto mówi nie tylko o tych nowych licealistach i studentach, ale też o dzieciach, które znikły i nie ma z nimi kontaktu, o wykluczonych cyfrowo, o dzieciakach z przemocowych domów, dla których szkoła była odskocznią. Mało kto zastanawia się, jaki to wszystko będzie miało wpływ na ich psychikę.

Nie, nie chcę powiedzieć, że to jest zupełnie bezpieczne, choć zdaje mi się, że łatwiej utrzymać reżim sanitarny w szkołach, niż na weselu, łatwiej też w liceach niż przedszkolach. Moja córka powiedziała mi tak: „zupełnie nie rozumiem, czemu nie mogą obmyślić jakiegoś systemu. Żebyśmy mogli mieć chociaż kilka tych najważniejszych przedmiotów na żywo.”. No właśnie. Też tego nie rozumiem. Ani też tego, że pandemii nie ma i jest. Pandemia, jak kotka Shredingera, potrzebuje chyba jakichś nowych kwantowych narzędzi, żeby ją opisać.

 

25 czerwca

Ach, co za ekscytacja! Schodzę po zabytkowych stopniach Pałacu w Sannikach do Sali Lustrzanej. Już są. Z tyłu młode dziewczyny z ośrodka, z wychowawczynią, bardziej z przodu dorośli. Razem może ze dwadzieścia osób. Wystarczy, w zupełności. I tak przecież czuję to coś.

Poczułam to już rano, kiedy musiałam wstać, spakować się, wziąć ze sobą dwie kreacje do wyboru (bo nie wiem, na co będę miała ochotę), tak zwane ‘kapcie hotelowe’, ulotki i zalaminowane okładki, bo książek już za dużo, żeby je wszystkie wozić. Kiedy jechałam na Dworzec Zachodni, wsiadałam do busa, sprawdzałam, które stanowisko, kupowałam coś sobie na drogę. Już rano poczułam się jak wykolejony pociąg, który wskoczył na tory, poczułam, że na chwilę odzyskałam swoje życie.

Ostatnie spotkanie autorskie miałam 9. marca na Mokotowie, a mam odczucie, że upłynęły całe wieki. Jest jak zawsze: książki na stoliku, w reszta w pudłach, widzowie. Jest nie do końca jak zwykle, bo większość siedzi w maskach. No i spotkanie jest nagrywane, ma być potem dostępne online. Zaczynamy. Komfort, bo tym razem nie monolog, Pani Monika prowadzi i to znakomicie, spotkanie trwa dwie godziny, są pytania, autografy, rozmowy o książkach i życiu, potem jeszcze wywiad. Jak mi tego brakowało!

W Pałacu zostajemy na noc z Piotrem, odzyskane życie można uczcić winem i serem. Wieczór taki ciepły, siedzimy przy białych, ażurowych stolikach na zewnątrz. Jestem przeszczęśliwa, choć też zmęczona, spotkania kosztują dużo energii, bo zawsze daję z siebie wszystko.

Mam jeszcze jedno spotkanie w wakacje, 17-go lipca w Kętach. Co będzie jesienią? Mam nadzieję, że ruszą szkoły, że znowu będzie jak dawniej. Bardzo, bardzo tego pragnę. Odzyskać spotkania i pisanie, bo na ponad trzy miesiące to straciłam. To umiem najlepiej, to kocham najbardziej.

 

26 czerwca

Wzburzyła mnie ta historia tak, że muszę ją opisać. Ale zanim to zrobię, zagadka logiczna dla Państwa. Powiedzmy, że znajdujemy się w mieście Y, choć naszym miejscem zamieszkania jest miasto X i nagle z przyczyn od nas niezależnych trafiamy na dwutygodniową kwarantannę, która jak wiadomo oznacza dla nas zakaz spotykania się z kimkolwiek. Powiedzmy, że nie mamy własnego samochodu, albo raczej mamy go, ale stoi w garażu w mieście X. Jak wrócić do domu? A, dodam jeszcze, że ze względu na zły stan zdrowia nie powinniśmy kierować autem w ogóle. Jakieś pomysły?

To o tym będzie ta historia. Moja przyjaciółka została przyjęta na oddział rehabilitacyjny w mieście Y, oddalonym o dwie godziny drogi od miasta X. Do szpitala przywiózł ją przyjaciel. Miała tu pozostać trzy tygodnie i rehabilitować kręgosłup. Trzy tygodnie w zamknięciu. Oczywiście przedtem wykonano test, wynik ujemny, trafiła na oddział. Po dwóch tygodniach okazało się, że na oddziale wykryto przypadek Covid. Oddział nagle zamknięto, pacjentów gwałtownie wypisano (= wypieprzono ze szpitala), zgłoszono do sanepidu z obowiązkiem kwarantanny, choć test wyszedł, przynajmniej na razie, ujemny (ale jak wiadomo, nic nie wiadomo, więc kwarantanna być musi).

– Ale jak ja mam wrócić do domu? – zapytała załamana przyjaciółka. I co z moją rehabilitacją?

– Jak nie ma pani jak, niech pani wraca pociągiem – odparł personel, bardzo nieprzyjazny zresztą.

– Pociągiem? Ale przecież jestem na kwarantannie! Czy szpital weźmie odpowiedzialność?

– No to ja nie wiem.

Jeśli na początku tego tekstu wymyśliliście, jak pomysłowy Dobromir, że przyjechały dwie osoby, po czym oddały jej jeden samochód, którym wróciła ona, a sami wrócili tym drugim, to dobrze. Tak się stało. Co prawda moja przyjaciółka ledwo siedzi i jazda samochodem na pewno obróciła wniwecz to wszystko co przyniosła cała ta rehabilitacja, ale wróciła do X, gdzie oczywiście musi teraz pokazywać się w oknie, robić sobie selfie w piżamie i tak dalej.

Co dalej z rehabilitacją, nie wiadomo. Zwolnienia lekarskiego też nie dostała, ponoć może pracować zdalnie. Ponoć.

W sali leżała z nią siedemdziesięciopięcioletnia kobieta po operacji kolana. Otwarta noga, tak to można w skrócie nazwać. Pampersy, całkowita nieogarnialność samej siebie. Z bliskich osób: tylko wnuczka. Nie ma nikogo więcej, a wnuczka pracuje. Ona też nie wiedziała, jak wróci do domu, ale przede wszystkim, kto ma się nią zająć. Nie wiem, jak to się skończyło. Ogólnie, każdy musiał poradzić sobie sam, jak harcerz zdobywający sprawności. Niepełnosprawny na kwarantannie. Ktoś już o tym pisał?

Kiedy w Iwoniczu Zdroju nagle zamknięto sanatoria, ludzie też mieli problem, żeby wrócić do domu, choć nie byli na kwarantannie: ale połączenia nie działały. Musieli sobie we własnym zakresie coś załatwić. Nie każdy miał bliską osobę, która mogła przyjechać. Musieli się ‘jakoś ze sobą dogadać’. Albo wziąć taryfę do Szczecina, może ta trzynastka wystarczyła.

Ale wracając do mojej przyjaciółki: w jej opowieści najgorszy był kompletny, całkowity, zupełny brak empatii. Nie będę tu już cytowała słów personelu medycznego. Rozumiem, byli zdenerwowani, sami narażeni na zakażenie. Mimo wszystko jednak…

– Wiesz – powiedziała moja przyjaciółka. – Najgorsze w tym wszystkim jest, że oni ze mną rozmawiali tak, jakby to była moja wina. Nie dość, że się trzęsłam ze strachu, że bałam się, czy nie jestem zakażona, że nie miałam jak wrócić do domu, to jeszcze dostałam ochrzan, że sprawiam problemy.

Mogę sobie tylko wyobrazić, jaki ochrzan mogła dostać osoba, która ‘przywlekła im Covid’! Wolałabym nie znaleźć się w jej skórze.

 

29 czerwca

Wpisik będzie krótki, między jedną pracą, a drugą, ale nie potrafiłam sama siebie pozbawić przyjemności napisania o nowym projektancie modowym Christianie Paulu, którego ostatnio mieliśmy przyjemność poznać. Ja się co prawda ubieram w sieciówkach albo second-handach, więc wcześniej tej przyjemności nie miałam. No i nie jestem Pierwszą Damą. Ani nawet drugą.

 

Obejrzałam wyemitowany przez TVP spot. Jest w internecie. I naprawdę ubawił mnie wymyślony projektant, którego na Instagramie śledzą 63 osoby, bo konto ma od wczoraj. Popłakałam się widząc memy z ‘nowymi kolekcjami Christiana Paula’, między innymi prezydentem Dudą na grzybach, w gustownym nawet zielonym płaszczyku. Oczywiście oszustwo szybko wyszło na jaw, bo w świecie modowym nikt o takim nie słyszał, a Piotr Leski, którzy uderzył do autorki materiału, Kingi Kwiecień, żeby podała więcej informacji o słynnym projektancie, nie otrzymał na swoją wiadomość odpowiedzi.

 

Spot jednak raczej mnie przeraził. Nie, nawet nie najbardziej sama postać Agaty Dudy, która przez pięć lat nie zabierała głosu w sprawach ważnych (ale podobno, jak wyliczyła TVP, zainicjowała przez ten czas 1426 aktywności, tyle, że ‘z daleka od błysku fleszy’). Może i tak. Ale jeśli tak, dlaczego w dwuminutowym spocie ponad minuta to opinia na temat jej strojów (nie tylko wyrażona ustami tajemniczego Christiana Paula, ale i Eli Piorun, która świetnie je ocenia, bo sama je Pierwszej Damie projektuje)?

 

Chciałabym obejrzeć takie spoty na temat, na przykład, kandydatów płci męskiej. Gdzie ubiera się Duda? Albo Żółtek? Gdzie Bosak kupuje krawaty?

Zrozumieć, dlaczego kobiety kobietom gotują taki los (autorką materiału jest kobieta w końcu).

 

I jeszcze, a może przede wszystkim, chciałabym dowiedzieć się, jak Pierwsza Dama mogła zgodzić się na wyemitowanie spotu, który ją obraża. Chyba, że (serio?) uznała, że jest „w sumie fajny”. Albo… Albo dała się zabić dla sprawy. Bo są przecież ludzie, dla których ciuch to sama esencja życia. To ci sami, którzy ekscytują się tym, kto się jak ubrał na ceremonię wręczania Oskarów bardziej niż samym kinem, a żakiecikiem Pierwszej Damy bardziej niż jej poglądami. Może to taki ukłon w stronę tej grupy? Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam ciuchy. Ale gdyby ktoś chciał pisać o mnie jako pisarce, wolałabym, żeby jednak nie skupiał się na tym, jak się ubieram. Rozumiem, że dobrze, jeśli Pierwsza Dama ma styl. Ale żeby aż tak?

 

I przypomina mi się tu anegdota, którą kiedyś opowiadała Szymborska. Że na targu w Krakowie podsłuchała taką rozmowę:

– Widziałam wczoraj na ulicy tę, jak jej tam, no tę poetkę, wiesz, co Nobla dostała.

– Naprawdę? I co?

– (tu zmarszczenie nosa i głowa lekko na boki) Nic specjalnego.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *