Dobry wieczór wszystkim. Dobry wieczór w tym dziwnym świecie. Świecie jak z tej ilustracji, która ma tytuł “Lizbona”.

   Chciałam wam coś tutaj zacytować. Urywek wpisu sprzed roku. Może pamiętacie tę historię, jak wracałam autokarem z Ukrainy, z Iwano-Frankowska, gdzie miałam kilka spotkań autorskich z młodzieżą, i czekałam na granicy dwanaście godzin? Horror. Szczególnie, że do autokaru wsiadłam późnym wieczorem i, owszem, zjadłam kolację, ale niezbyt ciężką, ale już nic do jedzenia nie wzięłam, bo miałam iść spać i obudzić się w Warszawie. Miałam butelkę wody i chyba ze trzy złote, wydałam na toaletę na granicy, na kawę już nie starczyło, a automat nie przyjmował karty. Obcy ludzie na szczęście pomogli. Ale nie opowiadałam tego wtedy, żeby się nad sobą użalać. Przeciwnie. Ta podróż, trwająca nie trzynaście, a dwadzieścia cztery godziny, czegoś mnie nauczyła. I tu będzie cytat:

   Jest maj, spotkań autorskich od groma, ale po raz pierwszy podróże w ogóle mnie nie męczą. Sześciogodzinna podróż z Rzeszowa do Warszawy, rzeźnią bez klimy, z opóźnieniem, bez Warsa? Phi! Co to takiego! Niewygodne, trzęsące pekaesy, skajowe siedzenia, do których przyklejają mi się uda, opóźnienia, opóźnienia, stracone połączenia, phi!

   Wszystkie podróże wydają mi się teraz błahe.

   Przypomniała mi się ta historyjka, ale i to uczucie niezwykłej lekkości, którego wtedy doświadczałam. Podobnie poczułam się dzisiaj, łażąc przez godzinę po Parku Skaryszewskim i gapiąc się na białe magnolie i szczęśliwych choć omaskowanych rowerzystów i biegaczy. Nie, nie będzie to o tym, jak drwią z nas politycy, zakazując wstępu do parku, kiedy zachorowań jest dwa tysiące i ponownie na niego pozwalając, kiedy jest prawie pięć razy tyle. O strasznym wujaszku, który czasem rzuci cukierkiem. Będzie o strategiach odnajdowania radości.

   Trochę to piszę dla siebie, bo też mam z tym ostatnio kłopot. Ale mam też refleksję, że może mimo wszystko uda nam się z tej sytuacji wyciągnąć dla siebie coś dobrego.

   Z tą kozą to oczywiście nie chodziło o to, że wiosna idzie i raczej przyda się klimatyzator, tylko o taki stary dowcip żydowski, który wszyscy chyba znają. Mosze skarżył się rabinowi, że w domu mu ciasno, dzieci mnóstwo, żona krzyczy, na to rabin: Ty kup kozę. Mosze rady posłuchał, kupił kozę, no i to już był dramat. No i przyszedł na skargę, że teraz to już naprawdę wytrzymać nie można, to mu rabin kazał kozę sprzedać. A kiedy sprzedał? Życie stało się piękne.

   Tak się w tym parku czułam, jakbym sprzedała kozę. A moja piętnastolatka, której przez kilka tygodni nie wolno było samej wyjść domu, dziś jakby złapała Pana Boga za nogi. Tak czujemy się też, kiedy tęskniliśmy za kimś i wreszcie możemy się z nim zobaczyć, kiedy długo nie mieliśmy kasy i nagle coś wpływa na konto, kiedy długo byliśmy chorzy i stajemy na nogi. Życie często nam coś odbiera na chwilę, a potem daje. To przynosi radość, a często prawdziwe szczęście. Odnajdywanie rzeczy utraconych.

   Pytanie tylko, czy potrafimy świadomie sobie pomóc, korzystając z tej strategii, bo jeśli chodzi o zakazy czy ich zwolnienia związane z pandemią, jesteśmy przecież sterowani z zewnątrz. W tamtym wpisie pisałam o tym, że jeśli czujemy się nieszczęśliwi, wystarczy wziąć na siebie dużo zleceń czy innych robót i już odpoczywanie po takiej harówce przynosi nam zadowolenie. Strategia kozy zawsze działa. Kwękasz? Posprzątaj całą szafę (mi zajęłoby to chyba dwa tygodnie), a potem sobie odpoczywaj z uśmiechem. Przez miesiąc nie jedz słodyczy, potem zjedz torcik. Wyrzeknij się kupowania książek przez dwa miesiące (tak kiedyś zrobiłam!), a potem kup sobie pięć.

   Pisałam ostatnio o tym, że kiedy z powodu korony odwołano mi całe mnóstwo spotkań, z których się utrzymywałam, musiałam wrócić do prac redakcyjnych i z powodu ich natłoku, nie mogłam pisać. W ten weekend zrobiłam sobie pisarskie wakacje. Przez dwa dni pisałam w pustym mieszkaniu, co za rozkosz. Prawie jakbym była w Domu Pracy Twórczej w Radziejowicach! Ale ja wiedziałam, że tego mi brakuje, byłam tego świadoma.

   Mam natomiast przeczucie, że być może są takie rzeczy, których nam brakuje, a o których zapomnieliśmy. I może właśnie teraz mielibyśmy czas, żeby je odszukać? Spotkałam dziś przyjaciółkę, jechała na rowerze, i chwilę rozmawiałyśmy. Powiedziała mi, że cieszy się, że może trochę teraz w domu pomieszkać, że wreszcie udało jej się w tym domu zadomowić. Zdziwiło mnie, że właśnie to w tej sytuacji odnalazła. I wracając z parku zastanawiałam się, czy są takie rzeczy, których nie robiłam, a zaczęłam robić? Dzięki tej sytuacji? Zaczęłam ćwiczyć, wracam do jogi. Oczywiście, zrobiłam to z dbałości o siebie, ale znalazłam w tym ogromną przyjemność. Dużo rozmawiam z przyjaciółmi przez telefon, wcześniej nie miałam na to czasu i zapomniałam, jakie to jest fajne. Chyba w ogóle więcej rozmawiamy. Może bliżej, niż na tych wszystkich imprezach. Jakoś tak bardziej intymnie. Właśnie podlałam kwiaty na balkonie. To prezent, te bratki i prymulki. Sprawiły mi wielką radość i lubię z nimi tak niespiesznie obcować.

   A może to wszystko w ogóle doprowadzi nas do odnalezienia niespiesznego radowania się tym, czym radować się można? Tyle bodźców mieliśmy, a czasem brakowało czasu, żeby je wszystkie przetworzyć, żeby jakoś na nie zareagować, czyż nie? Ja na pewno.

   No i może ta sytuacja sprawi, że zrozumiemy czego, albo kogo nam nie brakuje. Może tak naprawdę nie cierpimy jakoś strasznie, że nie możemy iść na shopping, czy następny z kolei wernisaż. Może to, czego naprawdę brakuje, wyjaskrawione teraz, wydzielone z tego całego chaosu, dostanie wreszcie od nas tyle uwagi, na ile zawsze zasługiwało?

Specjalnie na dzisiaj, wiersz.

 

   Tutaj

 

Leżałyśmy na trawie, kolana źrebaków, myśli soczyste.

Gryzłyśmy naszą młodość i całe wypełniałyśmy się światłem.

Miałyśmy pokonywać wąwozy i morza, przeskakiwać

horyzont lekko, jak w grze w gumę. Pić kawę z jasną pianką

w konfetti srebrnych kropel wody z fontanny di Trevi.

I wciąż od nowa zdobywać nieskończoność.

 

Teraz piję kawę w ogródku Amatorskiej. Cukier

lekko chrzęści w zębach, a ja patrzę godzinami

jak w łyżeczce odbijają się autobusy i ludzie.

Potem leżę na trawie w Parku Skaryszewskim.

Lekko wilgotne źdźbła, zapach ciepłej ziemi, mrówka.  

Słońce kładzie się spać codziennie trochę wcześniej,

a ja już potrafię je do snu ukołysać.

 

Dzwonię do przyjaciółki. Mówi, że jabłka

obrodziły pięknie w tym roku, pies utyka na lewą łapę,

i jeszcze, że znalazła prawdziwka obsypanego igliwiem.

Nie mówi, że nie byłyśmy w mieście miłości

i nie otworzył się przed nami bezkres oceanu.

Ani, że wszystko jest tutaj, bliskie, niespieszne.

 

                                                   Dobranoc.

Shopping Basket