To miał być zupełnie inny wpis. Kiedyś. Zbierałam się od stycznia, żeby napisać na temat życia zgodnego z ideologią no waste. Zaczęło się od tego, że bardzo świadomie zapragnęłam przestać marnować resztki jedzenia. Przez miesiąc udało mi się nie wyrzucić ani kawałka chleba. Resztek zupy, garstek makaronu z sosem, które nazywałam ‘zupą ostatniej szansy’, albo ‘makaronem desperata’. I zjadałam, kiedy nie było czasu przyrządzić nic lepszego.

   Trochę ze względów etycznych. A trochę dlatego, że oszczędności topniały. Ponieważ od września żyłam tylko z pisania i ze spotkań autorskich, w styczniu i lutym musiałam zacisnąć pasa. I czekać na turę spotkań wiosennych. Było ich zaplanowanych tyle, że miałam się odkuć finansowo i dalej żyć w tej mojej szczęśliwej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której mogę pisać.

   Kiedy przestałam wyrzucać, zastanowiłam się też, czego jeszcze mogłabym nie marnować. Zaczęłam częściej malować w pracowni. Zaczęłam częściej spotykać się z rodziną. Odkurzyłam opowiadania i wiersze. Zrobiliśmy mój wernisaż w Galerii Piecowej. To było życie! Wszystko tak cudownie ułożyło się w jedną, harmonijną całość. Pisanie, twórczość, rodzina, miłość! 

   Targi książki w Poznaniu jeszcze się odbyły. Spotkanie w Słupcy. I ostatnie, w Warszawie. 9 marca. Potem odwołano Empik i Tyniecką. Syców i Międzybórz. Targi w Gdańsku i Białymstoku. Zawiercie, Bobrowniki, Tychy. Targi Przecinek i Kropka. I wszystko inne. Pamiętam jak piliśmy z Piotrem whisky, a ja żaliłam się, że tyle straciłam! To wymarzone, dobrze zaplanowane pod względem finansowym i logistycznym życie. Promocje dwóch książek, które właśnie zostały wydane, wszystko na próżno! A przecież pracowałam na to tyle lat!!!!

   Ech, głupia, egocentryczna ja! Utrata tego wspaniałego życia, podczas, kiedy dookoła ludzie tracą życie naprawdę, wspaniałe czy nie. 

   Ale też wpadłam w panikę. Brak spotkań oznaczał totalny dół finansowy. Nawet przy zawieszeniu kredytu na sześć miesięcy, teraz nie dojadałabym resztek mrożonego chleba! Pewnie jadłabym sam dżem, bo przy zapobiegliwości mojego taty i Irenki, dżemu akurat mi nie brakuje.

   Z podkulonym ogonem musiałam wrócić do redakcyjnych prac. Szczęśliwa, że nadal je ktoś dla mnie ma. Teraz nie mam czasu na zmartwienia, bo pracuję po dwanaście godzin na dobę. Nie piszę. Rozpoczęta pod koniec stycznia książka (już było 130 stron!) została odsunięta gdzieś na dalszy plan. I wiecie co? Gdybym pisała to dwa tygodnie temu, pewnie żaliłabym się na los. Ale wiele się zmieniło przez te dwa tygodnie, więc cieszę się, że nie miałam czasu na ten wpis. Co się zmieniło? Ktoś zachorował, ktoś umarł. Na przykład we Włoszech brat teściowej mojej przyjaciółki. I ona zadzwoniła: Błagam, nie wychodźcie z domu, boję się o was! 

   No waste. Rzuciłam się na pracę. Żeby nie marnować czasu. Nie wpadać w złe emocje. Z rozrywek – chodziłam na spacer i na rower. Dopóki to było jeszcze możliwe. Wieczorami malowałam, piłam wino z ukochanym i oglądałam bardzo dobre filmy. Nie, wcale nie seriale, choć nie mam nic przeciwko serialom. Duchy Goi. Pan Turner. Miłość w czasach zarazy. Wybieramy z czułością.

   W ostatnią sobotę jeszcze odwiedziłam córkę i wnuczkę. 

   Ale już nie będziemy tam jeździć, tak wczoraj postanowiłam. Gdybym je zaraziła, gdyby cokolwiek im się stało, nie potrafiłabym sobie tego wybaczyć. Bo teraz już nie chodzi o marnowanie lub niemarnowanie czasu. Teraz chodzi o to, żeby kogoś nie zmarnować, żeby kogoś nie zabić. Nie marnuj życia – te słowa zaczęły mieć zupełnie inny sens. Układ odpornościowy jest zagadką. Umierają i starsi – dlatego tak boję się o moją mamę, która i tak chadza do sklepu, choć zrobiłam jej zakupy, no i musi przecież kupić Gazetę Wyborczą, i młodzi. Nigdy nie wiadomo, kogo to może dotknąć. Na mamę krzyczę, może w końcu zrozumie. I próbuję zorganizować jej tablet albo działający komputer  – Internet ma, ale komp zepsuty. Święta zrobimy na video. 

   Mam znajome, które dla podtrzymania ciąży musiały spędzić w szpitalu kilka miesięcy. Przecież żadna z nich nie wstałaby z łóżka i nie poszła sobie na spacer. Bo leżą dla dobra dziecka. Albo facetów (żeby nie było, że to takie kobiece), co ze skomplikowanym złamaniem też kilka miesięcy leżeli. No i po fajki nawet iść nie dało rady. Myślę, że teraz jesteśmy w podobnej sytuacji. Narzucamy sobie pewne ograniczenia. Oczywiście, rząd je też narzucił (nie wszystkie z sensem według mnie), ale jako jednostki, to my zdecydujemy. Są ludzie, którzy nadal chodzą codziennie po coś do sklepu. Czy to konieczne? Nie wyobrażają sobie świąt bez śniadania na dwadzieścia osób. Serio? Ale przecież to rodzina, nikt im nie zabroni. Ale to nie gra, bo innego życia nie będzie, to walka. Walczymy, żeby być, i my i nasi najbliżsi.

   Tak, czuję się jak ten skalny facet na obrazku, który namalowałam w przypływie desperackich myśli, że ‘trzeba coś robić’. Bo wciąż w tym samym pokoju, bo to przygnębiające, bo wyjść nie można ( a jaka towarzyska jestem, to każdy wie), bo Rózi przytulić nie można, bo do taty do Iwonicza nie pojadę, a tak strasznie już za nim tęsknię. Ale to bzdura. Mam lepiej. Nie zostałam bez pracy. Nie jestem na śmieciówce. Potrafię robić kilka rzeczy i to mnie uratowało. Nie jestem lekarką, ani pielęgniarką. Nie muszę narażać siebie, ani bliskich, wykonując jeden z tych najbardziej potrzebnych teraz zawodów. No i na razie nie zostałam bez życia. Nikomu z moich bliskich nic nie jest. 

   Więc was proszę. Zostańcie w domu. Nie marnujcie życia. Własnego i innych. Przeczekamy to jak ta kobieta w ciąży. Albo ten facet ze skomplikowanym złamaniem. Przeczekamy. Nie marnujcie życia. No waste. Proszę. 

Shopping Basket